Spiritual India

Haridwar

Slalomem pomiędzy pędzącymi rikszami, osłaniając obolałą od hałasu głowę, przebiegamy zauważeni przez milion par oczu. Potem kolejką linową, prawie jak na Gubałówkę, giniemy w nieprzejrzystym powietrzu. Jesteśmy na górze, aby zobaczyć w końcu „prawdziwe Indie”, aby zaobserwować zachowania wyznawców hinduizmu w północnym wydaniu w świątyni Mansa Devi. Wita nas harmider i rząd wymogów. Rzecz jasna zdjęcie obuwia, za którego przechowanie miły pan weźmie „co łaska”, kręcąc nosem, jeśli łaska była mało szczodra. Potem gęsiego za wiernymi, mijamy małe kapliczki, przypominające raczej tandetne towary z bazaru. Koloru tu nie brak, ale smaku owszem. Prawie każdej strzeże głośny człowiek – naganiacz, który chętnie przyozdobi czoło czerwoną kropką, inkasując kolejne kilkadziesiąt Rupii. Tu Shakti, tam Vasuki, jedna i druga potrzebują datku. Mijamy kolejną i… to koniec? Tak wygląda zderzenie sceptyka ze świątynią, której bliżej do targowiska , niż do miejsca modlitwy, przynajmniej tego z moich wyobrażeń. Wracamy na dół zaczepiani przez małpy czyhające na drobne łupy.

Wieczorem już dostojniej, zebrani nad brzegami Gangesu, tu czystego jak chyba nigdzie, Hindusi śpiewają, wznoszą okrzyki, zapalają świeczniki. Ceremonia autentyczna, bez turystycznego trywializmu.

W niedalekim Rishikesh przyjemnie, nawet bardzo jak na te strony, bo cicho i względnie spokojnie. Świątynia jednak, owszem wielka i imponująca z zewnątrz, okazuje się być kolejnym zawodem. Spacer pośród fikuśnych figurek, uderzanie w gęsto rozwieszone dzwony i rzecz jasna stoiska z biżuterią, wszelkiego rodzaju badziewiem. Obserwuję wiernych, ich modlitwa trwa trzy sekundy. Następnie 20 Rupii trafia na „tacę” i ruszamy dalej, odbębniamy ceremonię.

Do tego przypadek, który spotkamy jeszcze tysiące razy – zachodni człowiek ubrany bardziej hindusko, niż sam Hindus. Nierzadko zdziwaczały do reszty. Jak z każdą subkulturą bywa – ma być oryginalnie. Efektem jest jednak iście cyrkowa unifikacja we wszystkich kolorach tęczy ze wspólnym mianownikiem „nawiedzenia” w oczach. Jedni siedzą w samotniach, drudzy odwiedzają miejsca kultu. Często spędzają tu pół roku. Jest folklor, ale ważniejsze, aby obok nie zabrakło komputera z dostępem do Facebooka i sklepu z „niezbędnikiem zachodniego turysty” – papierem toaletowym, snickersami i bibułkami do skrętów. Nirwana 2.0 nadchodzi w tym „autentycznym” , hinduskim środowisku.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s