Gokarna- podróż w czasie.

Stacja autobusowa w Canaconie na Goa.  Kilka miejsc parkingowych, a przy ostatnim z nich napis „Gokarna”. To tu wsiadamy w nasz wehikuł czasu. Rozklekotany autobus wiezie nas przez tropikalny las. W oczach mienią się wszystkie możliwe odcienie zieleni.  Przemykamy przez przydrożne wioski niepostrzeżenie. Życie toczy się w nich, tak jakby nigdy żaden autobus się tam nie zatrzymał. Gorące, gęste powietrze wywołuje w każdym pasażerze senność. Niemal wszyscy przysypiają, a zwieszona w dół głowa podskakuje tylko w rytm drogowych wertepów. Kierowca, co jakiś czas zatrzymuje się i poprawia spadające na niego bagaże. Oprócz ludzi autobusem jadą liczne towary, które zasilą restauracje i bary w niezbędne produkty.  Po kilku solidnych godzinach telepania wysiadamy, jak pijani na wyjątkowo surową stację autobusową w Gokarnie. Najpierw słynna, hinduska scenka rodzajowa- targowanie ceny z kierowcą tuk-tuka. Potem rajd po dróżce prowadzącej na plaże w ścisku i podskakującymi na wybojach plecakami. Tuk- tuk zatrzymuje się przy stromym, skalnym zejściu.  Zjeżdżamy na butach po pokruszonych kamieniach i naszym oczom ukazuje się szeroka, długa, piaszczysta plaża, a na niej tłum ludzi… Ludzi, dla których czas zatrzymał się w roku 1967. Kundle beach jest, bowiem jedną z niewielu enklaw hippisowskich na świecie, która przetrwała do dziś i ma się świetnie.  Tabuny dziwaków z obowiązkowymi, długimi dreadami w kolorowych spodniach, obficie obwieszonych koralikami, rzemykami, sznurami modlitewnymi- mala*, ubranych w koszulkę z symbolem „OM”**, okupują ten mały skrawek ziemi hinduskiej. Z ciężkim plecakiem przyśrubowanym do wygiętych od wysiłku, w kształt „OM”, pleców, zakopuję się po kostki w piachu. Mijam chłopaka pasującego do opisu powyżej. Obdarowuje mnie uśmiechem mówiąc: „witam nowych!”. Idę dalej i widzę ludzi w pomarańczowych strojach*** medytujących niczym posągi buddhy. Kilka kroków dalej grupa hippisów gra i śpiewa. Inni trenują jogę, żonglują lub wymachują płonącymi pochodniami… Ten niedorzeczny widok sprawia, iż mam wrażenie, że znalazłam się w miejscu ćwiczeń trupy cyrkowej. Na dodatek owi cyrkowcy nie są tylko gibkimi, młodymi ludźmi. Widać tu także starców z długimi, białymi brodami, którzy być może przyjechali tu czterdzieści pięć lat temu i nadal nie czują potrzeby powrotu do kraju. Nie brakuje również rodzin z małymi dziećmi, którym już narzucono kwiatowy styl życia. Cała ta mieszanka oryginałów zamieszkuje chatki zbudowane z bambusa i palmy kokosowej. Zatrzymuję się na jednym z tych „osiedli” i zaczynam odkrywać zasady, jakie tu panują. Miły sąsiad z dreadami pyta na jak długo przyjechaliśmy. Odpowiadam, że na kilka dni. Sąsiad reaguje zaskoczeniem. Tu nie przyjeżdża się na tak krótko. Jedni zostają tu na kilka miesięcy, inni na kilka lat… Myślę sobie, co za nuda! Jak można spędzić rok pod palmą nic nie robiąc? Och, jakże niesprawiedliwie oceniłam tutejszą społeczność! Zajęć tu przecież nie brakuje. Obowiązkiem każdego rezydenta jest drzemka na hamaku przed chatą, kąpiel w morzu (bardzo popularne jest skakanie na wzburzone fale), spotkania towarzyskie w przyplażowych restauracjach, joga o zachodzie słońca i tak oto, dzień się kończy. Ponadto, tu- bez cienia ironii- codzienne oddawanie się medytacji pochłania dużo czasu i cierpliwości. Mało tego, przecież trzeba jeszcze zainwestować w odpowiednie buddyjskie atrybuty. Wstydem byłoby nie zaopatrzyć się w symbole religijne. Każdy tu przecież przechodzi duchową przemianę. Jednak najprawdopodobniej największe zasługi w odbywaniu mistycznych przeżyć mają narkotyki- głównie skręty, choć dostępne jest zapewne wszystko. Życie mija tym ludziom wyjątkowo leniwie i spokojnie, ale w mych oczach nie jest to powód do dumy. Próżnują, marnują czas. Jednej jednak cechy nie mogę im odebrać- są mili i przyjaźnie nastawieni do każdej istoty. Na tym niestety bym poprzestała. Większość bowiem przyjeżdża do Indii poznawać niepoznawalne, odbywać podróże wewnątrz umysłu, a podczas  całego swojego pobytu Hindusa widzi tylko w restauracji- w roli kelnera podającego grillowanego tosta na śniadanie! Wczasowicze z Gokarny są hipokrytami, którzy krytykując zachodni świat nie potrafią odzwyczaić nawet swoich kubków smakowych od europejskich przyzwyczajeń. Są alterglobalistami, mieszkającymi na końcu świata, w którym kawiarenki internetowe pękają w szwach. Kochają matkę Ziemię i oczekują, że hinduski szacunek do natury ma wspólny mianownik z zachodnią ekologią. Wielkie spotyka ich zatem zaskoczenie, gdy Hindus nie rozumie o czym mowa, gdy tłumaczą mu, że plastikowa rurka do picia rozkłada się pięć tysięcy lat…
.

*mala- tybetański lub hinduski sznurek modlitewny z nawleczonymi okrągłymi koralami, zazwyczaj z drzewa sandałowego lub korzenia lotosu, służący do odliczania mantr. Mala wykorzystywana jest zarówno w buddyzmie, jak i hinduizmie.

**OM- święta sylaba hinduizmu i kilku odmian buddyzmu.

***pomarańczowy i żółty to święte kolory hinduizmu i buddyzmu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s