Dwie Kambodże

Nie wiem jak Wy, ale ja do niedawna słysząc gdzieś przypadkiem nazwę „Kambodża” momentalnie kreowałem w swojej głowie obraz czegoś strasznie dzikiego, niecywilizowanego, zapomnianego, czy może nawet niebezpiecznego. Zwykła ignorancja, można powiedzieć, bez grama dumy z tego powodu. Moje wyobrażenia nie wynikały nawet z arcy-krwawej historii tego kraju. To jakiś automat i stereotyp, podobny do tego, gdy pada w Polsce zwrot „ale Sajgon!” w krytycznych sytuacjach.

Przybywając do krainy Khmerów, każdy ma oczywiście w głowie kultowe Angkor Wat, ale czy jest gotowy na to, co zobaczy w położonym niedaleko Siem Reap? Wspomniana miejscowość jest turystycznym zapleczem słynnego, kamiennego miasta. Wypasione hotele za setki dolarów jak i skromniejsze, ale równie nowiutkie i zadbane noclegownie za parę groszy. W centrum tej niezbyt atrakcyjnej wizualnie mieściny, świeci nowością wielki supermarket zaopatrzony we wszystko czego turyście z zachodu potrzeba. Gdy docieram jednak do tak zwanego „Pub Street”, przecieram oczy ze zdumienia. Jak to? Kambodża? Naprawdę? Tłum zachodnich turystów uchlewa się tu prawie za darmo w absolutnie niczym nie odstających od europejskich standardów knajpach. Tu gay-bar, tam kilka dobrych jadłodajni z piwem do obiadu. Neony, światła miasta, burgery, bary, bary, jeszcze raz bary. Na ulicach zagadują nieznośni naganiacze „chcesz dziś być na haju?”. Zignorowany proponuje jeszcze krzycząc za mną panią do towarzystwa. Full service. Wszystko fajnie, podoba mi się, że mamy tu gdzie wyskoczyć na piwo, zrelaksować się trochę po męczącej podróży, że nasz pokój jest przepiękny i wysprzątany, ale widok setek turystów imprezujących w Kambodżańskiej dziurze trochę mnie zszokował. Owszem – Angkor Wat jest naprawdę wart swojej ceny, ale kto by pomyślał, że w transakcji wiązanej będzie również ulica rozpusty?

A świątynie Angkor i cały kompleks sprzed prawie tysiąca lat jest wart zobaczenia. Tu jednak też trzeba wyłączyć swoje dziecinne marzenia o czymś dzikim, ukrytym w dżungli i mistycznym. Mistycyzm jest tu widoczny w architekturze, a budowle bez wątpienia robią wrażenie, ale nie uciekniemy od tysięcy turystów odwiedzających Angkor. Nie uciekniemy od faktu, że między kolejnymi atrakcjami dawno już wylano asfaltowe drogi, którymi pędzą busy i riksze. Że tu też biją się o ciebie – klienta, żeby sprzedać ci piwo i obiad. Że zdjęcia z pocztówek i google grafika zrobił ktoś chyba w konsultacji z doktorem Photoshopem, albo zapłacił grubą łapówkę za samotną wizytę 😉 . Niemniej imperium Khmerów broni się mimo to. Boję się tylko, że te potężne, robiące niesamowite wrażenie budowle i płaskorzeźby zostaną prędzej czy później zadeptane i starte obmacywaniem przez tych wszystkich ciekawych świata.

Po kilku dniach w Siem Reap mieliśmy naprawdę dość wrażenia, że znajdujemy się w jakiejś stworzonej na nasze potrzeby bańce. Nie lubię nadużywania tego typu zwrotów, ale potrzebowałem „prawdziwej Kambodży”, zobaczenia jak wygląda życie normalnego człowieka, z dala od komercyjnego przepychu i wielkich biznesów. Idealnym absolutnie strzałem była wyprawa do położonego kilkadziesiąt kilometrów dalej Kompong Khleang. To jedna z wielu wiosek położonych nad jeziorem Tonle Sap. Tutejsza ludność wybudowała swoje wioski na palach, zdając sobie sprawę z tego, że w porze deszczowej Tonle Sap zamienia się w naprawdę gigantyczny zbiornik wodny. Rybołówstwo jest rzecz jasna podstawowym zajęciem mieszkańców Kompong Khleang. Gdy nie plotą sieci, czy małych metalowych klatek na ryby, wykładają swoje połowy na wielkie platformy, na których mięso schnie i jest wędzone. W wiosce unosi się specyficzny, dość nieprzyjemny zapach, zwłaszcza, że smakołykiem są tu ryby kiszone w wielkich kadziach. Nie zabija to jednak powalającego uroku, autentycznej, kambodżańskiej wsi. W najgorętszych porach hamaki pod domami wypełniają się zrelaksowanymi, przyjaznymi ludźmi. Tu też zapraszają nas miejscowi mężczyźni, częstując piwem. To ich Pub Street, ale jakoś mniej przaśne (SIC!). Odwiedzamy wiele domostw, w których życie przebiega bardzo powoli, swoim zwyczajowym torem.  Absolutną perłą Kambodży są jednak uśmiechnięte od ucha do ucha rezolutne dzieci. Potrafią tylko powiedzieć „hello!” i „byebye”, niejednokrotnie myląc ich znaczenia, ale wzruszają i wewnętrznie uszczęśliwiają nas swoimi mordkami. Zjadamy tu też przepyszne, miejscowe pyzy, zachwycając się prostą, a jakże owocną wyprawą. Niebywałe jest to, jak naród, którego ogromną część wymordował psychopatyczny reżim jeszcze 40 lat temu potrafi wykazywać wszelkie objawy pogodności i gościnności.

Do tego ta estetyka – jest coś w kambodżańskim stylu budowania domostw, który urzeka swoją prostotą. Surowe, drewniane chaty na palach zaaranżowane są przez swoich właścicieli ze smakiem, zdobione delikatnymi barwami.

Podobną wizytę powtórzyliśmy dwa tygodnie później, odjeżdżając kilkanaście kilometrów na skuterze od kompletnie nieciekawego Koh Kong. Tym razem bez żadnego planu i rozeznania. Efekt był równie urzekający. W kompletnie odciętej od cywilizacji chacie nad rozlewiskami, przyjęła nas do siebie na pogawędkę khmerska rodzina. Zarówno my jak i gospodarze byliśmy zainteresowani rozmową, choć używaliśmy jedynie gestykulacji i tysiąca uśmiechów. Nie zawsze wiedziałem, co miała nam do przekazania pani domu, ale ciężko było się pozbyć wrażenia komunikacji ponad barierami językowymi. Szczęśliwi ruszaliśmy w drogę dalej.

Taką Kambodżę zapamiętam. Zderzenie świata biznesu i turystyki, która bez wątpienia pomaga stanąć ekonomii tego kraju na nogi, z bardzo skromną, ale niezwykle przyjazną ludnością wiejską. Długo nie zapomnę tych szczerych uśmiechów i gościnności, z którymi spotkaliśmy się w Kambodży.

tekst: Tomek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s