Siła uśmiechu

Wjeżdżamy do wioski wynajętym Tuk Tukiem. Wysiadamy… jesteśmy obcy i inni. Wszystkie pary oczy są skierowane na nas, lecz wszystkie z uśmiechem! Najwspanialsze co można zobaczyć w Kambodży to uśmiechnięci, serdeczni ludzie. Szybko mija stres spowodowany spotkaniem obcego z obcym. Zaczynam bawić się z dziećmi – z nimi zawsze łatwiej przełamać lody. Przybijamy sobie piątki, śmiejemy się. Dorośli patrzą z serdecznym uśmiechem i już wiem, że jesteśmy tu gośćmi, a nie wpraszającymi się dziwakami.

Wioska położona jest na wielkim jeziorze Tonle Sap. Wszystkie domy zbudowane są na wysokich palach. Teraz, w porze suchej jest to widoczne. Gdy zaś przychodzi pora deszczowa, wszystko jest zalane i jedynym środkiem transportu umożliwiającym wydostanie się z domu są łodzie. Głównym zajęciem mieszkańców tej wioski jest połów ryb. Zatrzymuję się przy kobiecie, która wraz z dziećmi robi klatki w kształcie walca. Zaraz dowiaduję się, że są to pułapki na ryby. Mały chłopiec demonstruje mi jak działa pułapka. Nieopodal unosi się dym. To kobiety z wioski wędzą ryby. Całą polankę zapełniają równo rozłożone rybki wielkości kciuka. Ponad tym wszystkim unosi się dym silnie drażniący nos. Dlatego też wszystkie pracujące wieśniaczki mają odkryte tylko oczy. Kilka metrów dalej dopada nas smród wywołujący mdłości. Uprzejmi mężczyźni proponują, abyśmy spróbowali specjału wioski – ryb kiszonych w beczkach (stąd też aromat). Grzecznie dziękujemy, ale przyjmujemy za to ofertę dołączenia się do piwnej biesiady w upalne popołudnie. W Kambodży bowiem wstaje się wraz ze wschodem i ciężko pracuje, aż do momentu, kiedy słońce sięga zenitu. Wówczas należy się wszystkim odpoczynek. Przejeżdżając przez wioski o tej porze dnia, można zaobserwować, iż wszystkie hamaki wiszące w cieniu przed (lub pod – jeśli dom stoi na palach) domem wypełnione są smacznie śpiącymi Kambodżanami. Warto także zwrócić uwagę, że niemal wszystkie wiejskie chatki, choć skromne i proste są bardzo estetycznie. Większość stanowią drewniane, jednoizbowe domy wsparte na palach. Konstrukcja wielu z nich jest naprawdę prymitywna, a mimo to częstym widokiem są kwiaty w doniczkach, zdobiące wejście do domu. Ogrodzenia, jeśli istnieją, są drewnianymi płotkami, lecz każda sztacheta jest równoległa do sąsiedniej. W Kambodżańskim gospodarstwie panuje geometryczna harmonia. Brak tu chaosu i bałaganu. Trudno mi orzec skąd wzięło się w tym narodzie poczucie estetyki. Może jest to cecha narodowa, pielęgnowana jeszcze od czasów Khmerskiego imperium. Być może Kambodża przejęła tylko dobre cechy swoich kolonizatorów…

Pewne jest, że straszliwy i okrutny reżim czerwonych Khmerów nie wyplenił narodowego poczucia smaku. Nie zabił też w tych ludziach radości i uśmiechu, choć bez wątpienia można powiedzieć, że poczynił absolutnie wszelkie starania by to zrobić. Rządy Saloth Sara, bardziej znanego jako Pol Pota były najkrwawszymi i najbardziej brutalnymi w historii. Nigdzie nikt nie potraktował tak straszliwie swojego społeczeństwa. Stolica Phnom Penh została przymusowo wyludniona, a jej mieszkańcy zostali wysłani na wieś i zmuszeni do niewolniczej, karkołomnej pracy. Kambodżańska inteligencja miała być całkowicie usunięta. Znajomość obcego języka, lub nawet noszenie okularów było wystarczającym powodem do egzekucji. Kraj stał się jednym, wielkim obozem pracy, a cały naród został zniewolony. Głód, malaria i inne choroby, oraz wycieńczająca praca doprowadzały do tragicznej śmierci całe rodziny. W ciągu trzech lat, ośmiu miesięcy i dwudziestu dni, czerwoni khmerzy zabili co najmniej 1,7 miliona ludzi.

Przechodząc przez korytarze Tuol Sleng Genocide Museum myślę o tragedii, jaka dotknęła ten kraj za sprawą raptem kilku maoistów. W 1975 roku czerwoni khmerzy założyli w szkolnym budynku siedzibę służb specjalnych. Więziono, przesłuchiwano i torturowano, a potem zabijano tu wszystkich podejrzanych o spiskowanie przeciwko reżimowi. Nierzadko zabijano całą rodzinę sabotażysty, nie wyłączając kobiet i dzieci. Dawne, licealne klasy zostały przemienione w więzienne cele. Dziś można zwiedzić wszystkie te pomieszczenia, z których wieje straszliwą grozą. Siódmego stycznia 1979 roku znaleziono czternaście ciał – dowody zbrodni, których dokonano w siedzibie zwanej S-21. Jednak całkowitej liczby zamordowanych, do dziś nie znamy. Przechodzę po prawie pustych salach… w każdej znajduje się łóżko bez materaca i łańcuchy. W oknach umieszczone są rybackie sieci uniemożliwiające więźniowi popełnienie samobójstwa. Na ścianach wiszą jeszcze szkolne tablice, ale te pomieszczanie przypominają już tylko o zbrodniarskich czynach. Wchodzę do sali, gdzie zebrano fotografie więźniów. Zaglądam ofiarom prosto w oczy i widzę ich cierpienie. Są tu mężczyźni, kobiety, młodzi chłopcy i dziewczęta, a także dzieci, niektóre nie przewyższające wieku niemowlęcego. Jedni mają w oczach strach, boją się, nie wiedzą co ich czeka. Niektórzy mają już opuchnięte od pobicia twarze. Od innych bije nieprzejednana nienawiść. Patrząc na te twarze niemal słyszę myśli tych ludzi. Wyrządzono im straszliwą krzywdę, więc byli gotowi walczyć o utraconą wolność i godność. Skoro jednak nie mogą, nie pisną słowem, będą znosić wszystkie te okrutne tortury, aż do momentu, gdy wyzioną ducha.  Kolejni wzbudzają we mnie największy podziw… z szelmowskim uśmiechem zaglądają do obiektywu. Na większości zdjęć więźniowie mają skrępowane ręce. Zdjęcia są portretowe, ale nienaturalnie wygięta sylwetka świadczy o uwiązanych z tyłu rękach. To natomiast stanowi o tym, że ludzie ci byli fotografowani mając świadomość sytuacji w jakiej się znaleźli. Musieli to być ludzie pełni odwagi i dumy. Stojąc w obliczu cierpienia lub nawet śmierci potrafili zdobyć się na uśmiech. Wizyta w S-21 jest naprawdę mocnym przeżyciem. Uświadamia, że potworne zasady reżimu nie uginały się wobec niczego i nikogo. Patrząc przez pryzmat historii zastanawiam się jak to możliwe,  że naród kambodżański jest taki radosny i uśmiechnięty. Z pewnością każda rodzina ma za sobą jakąś tragedię. Na pewno większość ludzi, którzy przetrwali, przeżywa traumę na samo wspomnienie tamtych czasów. Jednak trzeba przyznać, że uciekli od złych mar we wspaniałym kierunku. Żyją skromnie, bardzo rodzinnie i witają nowe dni z uśmiechem.

tekst: Ami

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s