Sumatrzańska epopeja

Podróż do Danau Toba zamieniła się w opowieść pełną absurdalnego humoru. Nie spodziewając się niczego szczególnego zeszliśmy z pokładu promu, którym przepłynęliśmy z Malezji. Celnik wbił nam indonezyjskie pieczątki do paszportu, a my pomaszerowaliśmy w poszukiwaniu autobusu, który zabrał by nas z Dumai prosto nad słynne, wulkaniczne jezioro Toba. Tak oto zaczęła się nasza sumatrzańska przygoda. Tuż przed wyjazdem ze stacji autobusowej okazało się, że autobus wcale z niej nie odjeżdża. Przyjechał po nas mały bus, który miał nas zawieźć do właściwego autobusu. Kiedy tylko stanął na prowizorycznym parkingu okazało się, że pękła dętka w jednym z kół. Kierowca zaczął wymieniać oponę, ale w miedzy czasie pojawił się kolejny bus ze sprawnymi oponami, wiec włożyliśmy plecaki do bagażnika. Chcąc zająć miejsca w pojeździe zauważyliśmy, że nie mamy gdzie siedzieć, bo miejscowi zajęli juz wszystkie siedzenia. Kierowca chciał nas zatem wsadzić do innego samochodu z niedomagającym kołem. Odmówiliśmy, mówiąc, że nie jedziemy nigdzie bez naszych bagaży. Zrobiło się lekkie zamieszanie. W rezultacie wysadzono odpowiednia ilość miejscowych, abyśmy mogli jechać ze swoimi plecakami. Kiedy zakończyły się juz wszystkie „przygotowania” do drogi przez sumatrzańską autostradę, a autobus ruszył mozolnie ze stacji zobaczyliśmy katastroficzny stan dróg. Usłany dziurami asfalt pełen wielkich kałuż i kamieni to transsumatrzańska szosa, z której korzysta cała plejada pojazdów od rowerów, konnych wozów, przez skutery, aż po ciężkie, przeładowane ciężarówki. Zaczęło zmierzchać. Na poboczu widać było niezliczoną ilość zepsutych samochodów. Po niecałej godzinie jazdy, kiedy zrobiło sie juz zupełnie ciemno na poboczu zatrzymaliśmy się i my. Zepsuła się żarówka w reflektorze. Wymiana zajęła kilka minut. Ruszyliśmy dalej. Po kilku godzinach straciłam rachubę, co i ile razy się popsuło. Postoi było mnóstwo. Kierowca i jego pomagier co jakiś czas zatrzymywali się i próbując reperować pojazd walili głośno w silnik różnymi narzędziami, coś dłubali, stukali i jechali dalej. W autobusie masa wiejskich tubylców wiozła torby, siatki, worki, wory i pudła. Wszyscy mężczyźni odpalali jednego papierosa po drugim. Indonezyjczycy znajdujący się w autobusie nie należeli do zamożnych, ale niestety cywilizacja dała każdemu z nich w posiadanie nową technologię- telefon mobilny z możliwością odtwarzania muzyki. Koszmar. W akompaniamencie tandetnego, indonezyjskiego popu przemierzaliśmy dżunglę w rytm nieprawdopodobnych wertepów. Moja nadprzyrodzona zdolność do zasypiania w każdych warunkach znów przyczyniła się do uspokojenia nerwów i popadnięcia w błogą obojętność. Tomek niestety nadal nie nauczył się tracić przytomności w sytuacjach mało komfortowych i musi doświadczać tych wszystkich zdarzeń na trzeźwo i w pełnej świadomości. Nad ranem nadal nie byliśmy na miejscu, ale autobus zubożał o cały koloryt folkloru, ponieważ wszyscy Indonezyjczycy wysiedli w jakiejś obskurnej wiosce. My jechaliśmy dalej, ale, ani kierowca, ani pomagier nie był w stanie nawet w komunikacji migowej wyłożyć nam jak długo jeszcze będziemy jechać. Postanowiliśmy usnąć, ja po raz setny, Tomek pewnie około drugi. Obudziliśmy się w pustym autobusie zaparkowanym przy drodze. Oprócz nas nie było nikogo. Nasze głowy zamieniły się w wielkie znaki zapytania… juz nawet werbalnie nie potrafiliśmy wyrazić zdziwienia. Tomek wyruszył na poszukiwanie kierowcy lub kogokolwiek, kto by wyjaśnił nasza sytuacje. Zapytał się człowieka przy drodze, który o dziwo był w stanie wypowiedzieć po angielsku zwrot „another bus”. Do dziś nie wiemy kim był, ale rzeczywiście zatrzymał pędzącego busa. Nasze plecaki powędrowały na dach, a my jako dwudziesta trzecia i dwudziesta czwarta osoba wsiedliśmy do osiemnastoosobowego pojazdu. Trzęśliśmy się po dołach i dziurach jeszcze przez godzinę, aż w końcu dotarliśmy do miasteczka nad jeziorem Toba. Powędrowaliśmy nad brzeg, gdzie ni stąd ni zawąd pojawił się rozchybotany dwudziestometrowy statek. Kapitan, wiek około 16 lat, zapytał:
– „where you go mister?”
T: „Samosir Island ”
-20 000 rupia, odparł szesnastolatek, a my mimo, iż doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że cena została wywindowana około 200 procent zapłaciliśmy bez cienia goryczy. Bardzo pragnęliśmy wówczas, aby ten maraton wreszcie się skończył.
Po dokonaniu szybkiej transakcji płynęliśmy ku wyspie z wycieczką krajowców, którzy potraktowali nas, jak celebrytów i zaczęli robić sobie z nami zdjęcia. Po piętnastominutowej sesji zdjęciowej z cała rzeszą młodych Indonezyjczyków wysiedliśmy na długo wyczekiwany lad- Samosir!
Przywitały nas tu rzędem stojące domy jabu o strzelistych, fikuśnie zawiniętych ku górze dachach i wszechogarniająca, soczysta zieleń wzgórz.
Przygoda szybko nas wezwała do działania. Ruszyliśmy na podbój wyspy. Zaczęliśmy dla nas oryginalnie, dla wielu klasycznie- od cepeliady. Wybraliśmy się na pokaz tradycyjnego tańca ludu Batak. Usiedliśmy wśród tłumu turystów w rybackich czapkach, szortach za kolano i wysoko podciągniętych skarpetkach poważnie zaniżając średnią wieku publiczności. Kilka minut czekania i cepeliada ruszyła! Panie w ludowych sukniach, panowie w trójkątnych czapkach, mistrz ceremonii- w kwietnym wianku na głowie. Pierwszy performance przedstawiał uroczystość poświęcenia wołu. Wszystko zostało odegrane z wielką precyzją i pietyzmem, oczywiście poza zabijaniem wołu, który przywiązany do drzewa obserwował to zabawne wydarzenie… Drugi obrazował obrządek zaręczyn, trzeci pogrzeb, czwarty, piaty, szósty, panowie proszą panie, panie proszą panów, Batacy proszą turystów! Tak oto zobaczyliśmy, w jaki irracjonalny sposób zabawia się tu cudzoziemca. Kilku odważnych pobujało się niezgarbnie w rytm bębnów i gongu, publiczność się pośmiała, tancerze zebrali napiwki. My postanowiliśmy sprawdzić, co zostało z tych tradycyjnych Batakow, którzy poświęcają woły, noszą trójkątne czapy i kolorowe szale. Oczywiście niewiele. Głównie za sprawa luterańskiego misjonarza Ludwiga Nommensena, który wprowadził tu chrześcijaństwo. Ludność odeszła wówczas od swoich animistycznych wierzeń i obrządków. Dziś w każdej wiosce jest przynajmniej jeden kościółek. Batakowie żyją jednak nadal z uprawy ryżu, zajmują się także tkactwem i w dużej mierze zamieszkują tradycyjne domy jabu. Poza tym nie łączy ich juz nic z tymi tradycyjnymi tańcami, które mięliśmy okazje podziwiać. Odwiedziliśmy kilka wiosek, gdzie zostaliśmy bardzo milo przyjęci. Batakowie pokazywali nam czym zajmują się na co dzień. Z uśmiechem prezentowali, jak łuskać ryż, a jeszcze większy uśmiech pojawiał się na ich twarzy, kiedy obserwowali nasze nieudolne próby obierania ryżu. Oglądaliśmy też chaty, które własnymi rękami zbudowali i ozdobili mężczyźni- głowy rodziny. Niektóre rzeźbienia pomalowane białą i czerwoną farbą były naprawdę imponujące. Dzieci, jak zwykle zachwyciły nas swoim urokiem, chętnie bawiąc się i śmiejąc z przybyszami z odległego kraju.

tekst: Ami

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s