W sumatrzańskiej dżungli

Dotarliśmy do zbocza wzgórza. Poranna mgła otula jeszcze bujną zieleń dżungli. Andre- niewielkiej postury, młody Indonezyjczyk ruszył pewnym krokiem w stronę gęstego lasu. Podążamy za nim wąską ścieżką prowadzącą w dół zbocza. Niemal z każdym krokiem otaczająca nas zieleń pogłębia się. Maczeta Andre pracuje coraz bardziej zamaszyście przecinając gęstwinę. Robi się coraz ciemniej. Buty zapadają się w miękką glebę, a gałęzie zdają się przybliżać w naszą stronę. W końcu znajdujemy się w środku najprawdziwszej dżungli. Nie sposób dosięgnąć wzrokiem koron najwyższych drzew. Zarośla pną się bowiem już tuż nad naszymi głowami. Plątanina lian i liści tworzy niezwykły baldachim, który dopuszcza do nas tylko kilka skąpych wiązek światła. Powietrze niemal skrapla się na naszych oczach. Duchota odbiera siły. Gra muzyka dzikiego lasu. Szum liści, śpiew ptaków, cykady świerszczy, krzyki małp- te wszystkie dźwięki towarzyszą nieustannie naszej marszrucie. Stromym zboczem zmierzamy ku strumieniowi. Ślizgam się po omszałych, mokrych kamieniach. Ratując się przed upadkiem chwytam się gałęzi i paproci. Nie jesteśmy nawet w połowie drogi do wioski, a moje mięśnie wołają o odpoczynek. Nagle Andre przestaje wymachiwać swoją maczetą. Natrafiamy na prześwit. Gorące promienie światła przedostają się przez gęstwinę. Za chwilę ukazuje się przed nami niewielka polanka, a za nią  rwący potok. Po krótkim odpoczynku w cieniu czas przedostać się na drugą stronę strumienia. Ruszamy gęsiego trzymając się długiej gałęzi, która służy nam za asekurację. Stąpamy wolno zanurzając się coraz bardziej w bystrej wodzie. Każdorazowe podniesienie nogi powoduje, że prawie tracę równowagę. Moje stopy ślizgają się po niestabilnym dnie. Z wielkim wysiłkiem wykonuję krok po kroku. Woda sięga ledwie do pasa, a ja mam wrażenie, że walczę z nieokiełznanym żywiołem.  Kilka minut później stoję po drugiej stronie potoku i przyglądam się porywistej wodzie, która sprawia wrażenie znacznie mniej groźnej, niż wydawało się, gdy z nią walczyłam. Kilka oddechów i znów ruszamy w drogę. Jest parno i duszno. Gorąca wilgoć dociera z każdej strony. Robi się grząsko. Zapadam się w błocie. W końcu koryto ścieżki zamienia się w niewielki strumień. Skaczemy po kępkach trawy, niczym Mario w grze Nintendo. Odległości stają się coraz większe. Wzbijam się na szczyt swoich możliwości w skokach w dal. Za każdym razem jednak udaje mi się trafić na niewielką lecz stabilną wysepkę. Czasem ziemia osuwa się. Wówczas trzeba skakać sprawniej i zwinniej. Rozpędzona wykonuję sus za susem. Ląduje nogą na stabilnym gruncie tuż obok czarnego pająka wielkości pięści. Przestraszona automatycznie odskakuje dalej. Mieszkaniec dżungli nie wydaje się jednak wzruszony moim nieopatrznym atakiem. Odchodzi nieśpiesznie w swoim kierunku, ja nieco śpieszniej i żwawiej w swoim. Docieramy do niewielkiego kanionu. Jasne jest, że skoki a la Mario już na nic się nie zdadzą. Musimy iść płytkim, niewielkim strumykiem pod prąd. Szukamy odpowiedniej ściany, która umożliwi nam wyjście z kanionu. Po kilkunastu minutach brodzenia po wodzie Andre decyduje wdrapać się na jedną ze ścian, by znaleźć dogodniejszą drogę prowadzącą do wioski. Tomek dołącza się do wspinaczki. Ja postanawiam odpocząć stając na urwisku. Nagle ziemia pode mną osuwa się, a ja spadam znów do wody. Dokładnie w tym samym czasie z prądem strumienia zygzakiem płynie dwumetrowe cielsko. Brązowo-żółty wąż zamaszystymi łukami zmierza w dół potoku, zahaczając ogonem o moją nogę. Łapię Tomka za rękę, najpierw wydobywam z siebie niemal bezgłośne, chaotyczne dźwięki, zaraz potem krzyczę: „patrz!!!”. Długi, majestatyczny gad niknie w rwącym prądzie. Serce bije mi jednak szybciej jeszcze dłuższą chwilę. Po krótkiej analizie stwierdzamy, że właśnie minęliśmy się z pytonem. Dociera do mnie głos Andre:

-Co się stało? Wszystko w porządku?

-Tak. Właśnie widzieliśmy wielkiego pytona!- odpowiada Tomek.

-Boję się węży –mówi Andre wzdrygając się lekko.

Wdrapujemy się po ścianie, by wyjść z kanionu. Chwilę później idziemy pod górę przez zarośniętą paprociami ścieżkę, jednak przed oczyma wciąż mamy gigantycznego węża. Po męczącej wspinaczce po śliskich kamieniach i mchach docieramy do czubka wzgórza. Stąd rozpościera się widok na kilka niewielkich poletek. Wioska jest już nieopodal. Przechodzimy obok pracujących w polu chłopów. Widząc nas przerywają pracę i pozdrawiają z uśmiechem. Mijamy pola ryżowe i docieramy do wioski. Otaczają nas plantacje bananowca, kakaowca, kawy, ananasa, cynamonu, bakłażana, kokosa, papai, goździka oraz marakui (markisy).  Pozdrawiamy miejscowych. Zaciekawione dzieci podążają naszym śladem. Docieramy do niewielkiej chaty. U progu zastajemy kobietę ubijającą ciężkim i długim pniakiem kawę. Adre wita wieśniaczkę pozdrowieniem. Ta nie przerywając pracy odpowiada uśmiechem. Przypatruję się procesowi ugniatania kawy. Kobieta energetycznie unosi i opuszcza wielki kawał drewna. Pień niczym młot miażdży dojrzałe owoce kawy.  Po dłuższej chwili milczenia przerywanego tylko tępymi, rytmicznymi uderzeniami, zostajemy zaproszeni do chaty.  Siadamy na macie w skromnym, niemal pustym pomieszczeniu. Kobieta rozdaje każdemu miskę zupy. Po skromnym posiłku Andre częstuje nas goździkowymi papierosami. Gospodyni ze zdziwieniem w oczach komentuje w niezrozumiałym dla nas języku. Andre tłumaczy, że kobiety wychowane w kulturze Minangkabau nie palą, nie piją alkoholu, ani nie oddają się wieczornym rozrywkom, takim jak na przykład gra w karty. Zaszokowałam więc gospodynię zapalając papierosa.

-Ale przecież u Minangkabau kobiety odgrywają bardzo ważną rolę. Czytałam, że obowiązuje tu matrylinearny system dziedziczenia.-odpowiadam.

-Tak, ale nie zmienia to faktu, że mężczyzna decyduje o życiu całej rodziny. Wszyscy żyjemy tu zgodnie z zasadami Islamu.

Opuszczamy wioskę machając wszystkim na pożegnanie. Mijamy rozłożyste pola ryżowe i znów trafiamy na wąską ścieżkę pośród zielonego buszu. Droga zdaje się nigdy nie kończyć. Duchota utrudnia oddychanie. Dźwięki dżungli stają się coraz głośniejsze. Nagle słyszymy głośne krzyki małp. Andre zatrzymuje się i wskazuje na korony drzew. Tuż nad naszymi głowami zauważamy skoczne, rude ciała. Skaczą z gałęzi na gałąź, zupełnie jakby grały w berka. Jedna małpa krzyczy głośniej od drugiej. Trzęsą gałęziami, wywijają salta na drzewach zupełnie, jakby czekały na nasze oklaski. Nie możemy jednak obserwować ich sztuczek w nieskończoność. Musimy zdążyć do chaty pewnego pustelnika przed zachodem słońca. Maczeta Andre ponownie pomaga nam w mozolnym przemarszu przez gęstwinę. Po  godzinie drogi przystajemy, żeby napić się wody. Nieopodal dostrzegam gigantyczną, czarną stonogę. Rozglądam się wokoło kilka kroków dalej widzę kolejną, trochę krótszą za to kolorową. Czerwony, długi insekt kroczy na małych, niebieskich nóżkach. W dzikiej puszczy wszystko jest imponujące.

-Jesteśmy już bardzo blisko pustelni. -mówi niewzruszony moimi obserwacjami Andre.

Droga przez dżunglę sprawia wiele radości i przysparza setek wrażeń, jednak bardzo cieszymy się, że wkrótce będziemy już u celu. Ostatkami sił ruszamy dalej. Słońce nie jest już tak mocne. Las ogarnia półmrok. Nogi uginają się ze zmęczenia, lecz z buszu niespodziewanie wyłania się drewniana chata. Jesteśmy na miejscu. W progu wita nas chudy, pomarszczony Indonezyjczyk. Siadamy przy drewnianej ławie. Pustelnik podaje nam herbatę. Do szczęścia brakuje mi tylko kąpieli.

– Na dole jest strumień – czyta w mych myślach Andre i rzuca propozycję – musicie zejść około sto metrów w dół skarpy.

Idziemy zatem stromym zboczem w dół. Miękka ziemia osuwa się pod naszym ciężarem. Ledwo utrzymuję się na watowatych, zmęczonych nogach, ale słyszę bystry strumień, więc decyduję się na wysiłek. Ze świeżej ziemi wyłaniają się pijawki. Wspinają się niczym cyrkowcy po naszych butach. Zanim zdążę udaremnić niecne plany jednej, druga już wpija się w moją kostkę. Odrywam te potworne stworzenia od swojego ciała z niekrytym obrzydzeniem. Trzeba przyznać pijawkom, że nieugięcie dążą do celu. Jeśli nawet uda mi się oderwać podstępną przyssawkę od swojej nogi, zanim opije się mojej krwi, muszę stoczyć niemałą batalię, by odczepić ją od dłoni. Docieramy do strumienia, jednak już nie jestem taka entuzjastyczna myśląc o kąpieli. Zdaję sobie sprawę , że wracając do chaty czeka mnie nie tyko ponowna walka z pijawkami, lecz także wspinaczka po stromej skarpie z osuwającą się glebą. Prawdopodobieństwo dotarcia do pustelni czystym rysuje się zatem niewielkie.

Wreszcie siadamy w drewnianej chacie. Przed naszymi oczyma rozpościera się widok na gęsty las, jezioro o zupełnie gładkiej tafli i ciemno-granatowe masywy górskie. Fioletowo-różowe niebo powoli gaśnie. Zapada zmrok. Dżunglę otula kompletna ciemność. Światła świec przełamują mrok, nie zakłócając nocnej harmonii. Niebo uścielane jest milionem jasnych gwiazd. Wśród nich dostrzegam tych pięć najjaśniejszych, tworzących krzyż południa. Wokół nas gra muzyka natury. Usypia nas bujna przyroda Sumatry. Zmęczeni zapadamy w głęboki sen . Musimy wypocząć zanim rozpoczniemy kolejny dzień w dżungli.

tekst: Ami

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s