Stuart Highway

Stefan wysadził nas na wylotówce z Darwin. Byłem wdzięczny za jego pomoc, ale bez żalu żegnałem tę postać. Zresztą… byłem przekonany, że dzień potem nie będzie już pamiętał o naszym istnieniu. Jego wyniszczony narkotykami i alkoholem mózg, wciąż aplikujący sobie Alzheimera instant zapominał szybciej niż opinia publiczna.

No to byliśmy… przed nami trzy tysiące kilometrów przez pustkowie, krainę prawie pozbawioną śladów cywilizacji. Stuart Highway rozciągało się przez sam środek kontynentu. Wielkiego kraju, którego skromna liczebnie populacja kumuluje się na wybrzeżu.

Kocham i nienawidzę jechać autostopem. Niewiele rzeczy, których spróbowałem w życiu ma tak słodko-gorzki smak. Niewiele rzeczy potrafi wywołać tak błyskawiczne odwrócenie polaryzacji mojego humoru. Zaczęło się akurat wesoło, bo zabrała nas ekipa bez wątpienia nie należąca do społecznych elit. Tanie piwo w dłoni brodatego kierowcy, rozwrzeszczana i daleka od przytomnych zmysłów pasażerka Bianca, ogólny stan pojazdu i pasażerów, fakt, że zatrzymywaliśmy się co chwila, bo coś było godnego obserwacji i komentarza. Fakt, że po drodze zgarnęliśmy wielki znak drogowy, który odpadł od słupa. W Australii tego typu ludzi nazywa się „Bogans”. Zabrali nas do najbliższego zajazdu, gdzie rzekomo łatwiej byłoby nam złapać kolejny pojazd. Dostaliśmy numer telefonu kierowcy, w razie utknięcia moglibyśmy spędzić u niego noc. Nie wyobrażam sobie jechać w takim wozie przez tysiące kilometrów, nie wyobrażam sobie być tak zdesperowanym, żeby dzwonić do brodacza, ale przez pół godziny było zabawnie.

Na kolejną podwózkę czekaliśmy długo. Wystarczająco długo, aby przeczuwać, że pierwszy dzień będzie raczej uznawany za porażkę niż sukces. Stereotypowy kierowca ciężarówki, potężny, brodaty, wytatuowany i obdarzony dość konserwatywnymi, nacjonalistycznymi poglądami zawiózł nas do Kathrine, położonej raptem trzysta kilometrów od Darwin. Tu przyszło nam spędzić noc. Morale spadły na niziny gdy otoczyły nas hordy czarnoskórych, bezdomnych Aborygenów patrzących posępnie i jeszcze straszniej wykrzykujących do siebie niezrozumiałe zdania. Tak wygląda północna Australia, której większość przyjezdnych sobie nawet nie wyobraża. W Northern Territory rdzenna ludność zderzyła się z machiną cywilizacji kompletnie nieprzygotowana. Stała się ofiarą pędzącej zachodniej kultury i własnych słabości – alkoholizmu, oporności przed edukacją. Mimo licznych prób pomocy ze strony rządu, dla wielu rodzin jest już za późno. Na pierwszy rzut oka sprawia to przerażające wrażenie. Wykrzywione od uzależnień sylwetki Aborygenów snują się po miasteczkach niczym zombie. Zorientowaliśmy się jednak, że zdecydowana większość australijskich autochtonów w kontakcie bezpośrednim jest niegroźna, czy wręcz sympatyczna. To uspokoiło nas nieco, nie odganiając jednak ciemnych chmur z nad głów. Rozbiliśmy namiot na obrzeżach miasta i zapadliśmy w niespokojny sen, budzeni szumem tropikalnych drzew i odległym skowytem bezdomnych.

Z samego rana udaliśmy się na obrzeże Stuart Highway z nieco bardziej optymistycznym nastawieniem. Stwierdziliśmy, że Australijczycy wyruszają w długie trasy z samego rana. Coś musiało się znaleźć. I tak się stało, co prawda tylko na sto kilometrów, ale to był dobry znak. Nasz kierowca, którego imienia nawet nie poznaliśmy przejeżdżał każdego miesiąca z podniesionym czołem tysiące kilometrów przez australijskie bezdroża. Kochał swoją robotę, kochał Australię i terytorium północne. Był przygotowany na każde warunki, a jego hasłami były standardowe australijskie „no worries” i bardziej wykwintne „no drama”. Zaraźliwy uśmiech i pogoda ducha pomogła mi wierzyć, że w kolejnej miejscowości też ktoś się znajdzie. I tak też było, minęło może pięć sekund, a na poboczu stanął stary miniwan z trójką obcokrajowców w środku. Prowadzący auto Argentyńczyk, powiedział enigmatycznym tonem, że jadą na południe. Gdzie indziej mieliby jechać? Podróż trwała krótko, bo w kolejnej mieścinie – Larrimah, zostaliśmy wysadzeni. Kierowca rzekomo obawiał się kontroli, albowiem nie miał uprawnień do prowadzenia samochodu. Nie wnikaliśmy o co tak naprawdę chodziło. Larrimah było wyciągnięte rodem z filmu o absolutnych pustkowiach. Porzucona, kompletnie zdewastowana stacja benzynowa. Mały zajazd dla podróżników, absurdalne zoo z kilkoma tutejszymi gatunkami zwierząt. Cisza.. upał. Widok romantyczny, ale bez własnego pojazdu ciężko było o faktyczny relaks. Nie zwlekając stanęliśmy w pełnym słońcu przy autostradzie. Nic się nie działo. Zaczynałem liczyć się z faktem, że autostop w Australii jest po prostu kiepskim pomysłem. Ciężarówki, jeśli już przejeżdżają, to nie są zainteresowane zatrzymywaniem się na poboczu. Starsi ludzie zaopatrzeni w wielkie przyczepy kempingowe żyją swoim życiem, jadą w swoim trybie i nie potrzebują towarzystwa. Pozostaje liczyć na jakąś zagubioną na środku pustyni postać, która jakimś trafem postanowiła przejechać tysiące kilometrów przez środek niczego. Jakie były nasze miny, gdy na poboczu zatrzymał się czterdziesto-ośmio letni Greg, oznajmiając, że jest cholernie znudzony i jedzie aż do Alice Springs?

Kolejne dwa dni przyniosły ilość pozytywnej energii, która zdecydowanie przerosła moje oczekiwania. Nie dość, że Greg dostarczył nas do położonego w samym centrum Australii Alice Springs, to okazał się być człowiekiem o ogromnym sercu. Towarzyski, wygadany, bardzo inteligentny, otwarty i dowcipny. Masa anegdot i śmiechu. Mimo drapiącego gardła i straszliwej chrypy, gęba mi się nie zamykała. Nie zamknęła mi się też – z wrażenia, gdy dotarliśmy po chwili do Daly Waters. „Nie możemy odpuścić pubu” – oznajmił Greg. Zupełne pustkowie, typowy „outback”, jak lubią to nazywać miejscowi i nagle historyczny pub założony w 1930 roku, gdy jeszcze nie było mowy o turystyce w tym miejscu. Ku naszemu zaskoczeniu Daly Waters tętniło życiem. Przy autostradzie można było stać godzinę bez dojrzenia żywej duszy, ale w pubie zebrał się niemały tłumek. Greg postawił na stole zimne i orzeźwiające jak nigdy piwo. Nie mogłem uwierzyć w nasze szczęście, jak z Kathrine, namiotu rozbitego w nieciekawej mieścinie i kompletnego braku wiary w powodzenie, trafiliśmy nagle pod skrzydła osoby tak przesympatycznej i wyluzowanej, która zabrała nas w tysiąc-kilometrowy rajd wygodnym, nowym samochodem marki Holden. Do tego okolica wyglądała jak ze snu. Stare, podniszczone dozowniki do benzyny, przykryte pyłem drogowskazy i wybitnie pasujące do dzikiego zachodu widoki – toczące się w tle kłębki uschniętych krzewów.

Pierwszego dnia dotarliśmy do miejscowości o nazwie Tennant Creek i tam czekał nas nocleg w motelu. Być może nie pierwszej klasy, ale łóżko w ciepłym pokoju było fantastyczną alternatywą dla spania na torbach w namiocie. Przed snem – kolacja, butla wina i fantastyczne jedzenie. Nasze zapasy w postaci puszek z fasolką, tuńczykiem i suchych bułek zawyły z zazdrości. Kto by się tego spodziewał?

Drugiego dnia dotarliśmy do Alice Springs, mijając po drodze czerwone wytwory korozji wietrznej o wdzięcznej nazwie „Devil’s Marbles”. Samo usytuowanie tego miasta robiło wrażenie większe niż sama aglomeracja. Świadomość, że w każdą stronę dookoła czekało nas tysiąc kilometrów pustyni, sawanny, terenów zamieszkałych tylko przez kangury i węże – coś nie do opisania. Postanowiliśmy, że ruszymy z samego rana dnia następnego, trzymając się naszej strategii i nauczeni doświadczeniem.

Greg odwiózł nas kilka kilometrów od miasta, na dogodną miejscówkę. Było nam niezwykle szkoda, że nie jedzie prosto do Adelajdy. To nie tylko komfort – to fantastyczna znajomość, której trudno będzie zapomnieć. Gdy Holden Grega odjechał, zostaliśmy sami ze sobą. Pogoda różniła się znacząco do tej, która przywitała nas na tropikalnej północy. Było zimno, leniwie unoszące się ponad horyzont słońce nie dawało ciepła. W Australii była zima, a nasze przyzwyczajone do azjatyckich upałów organizmy ciężko znosiły powiewy przeszywającego, chłodnego wiatru. Nasz zapas ośmiu litrów wody wydawał się być mniej przydatny, niż odporne na wiatr kurtki. W końcu zatrzymał się terenowy samochód. Małomówny kierowca z Brisbane zawiózł nas w akompaniamencie amerykańskich, rockowych dźwięków do jednego z największych zajazdów na środku pustyni usytuowanego tuż przy zakręcie na słynne Ayers Rock, nazywanych także Uluru. Postanowiliśmy nie ryzykować jazdy do najsłynniejszej australijskiej widokówki, co mogłoby potencjalnie kosztować nas kilka dni zwłoki. Problem w tym, że o tej porze, a dochodziło południe, ruch był znikomy. Jeśli cokolwiek przejeżdżało – skręcało do Uluru. Jeśli wyjeżdżało z Uluru , zmierzało w stronę bliższego Alice Springs. Raz na dziesięć pojazdów, coś wreszcie mijało nas w stronę Adelajdy. Niestety głównie przyczepy kempingowe – podnosiliśmy kciuki doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nic to nam nie przyniesie. W pewnym momencie mijał nas jeden samochód na godzinę. Wyciągnąłem gitarę godząc się z faktem, że tego dnia nie czeka nas już żadna niespodzianka. Myśl o lodowatej nocy, na granicy przymrozków na środku pustyni nie była nam miła, ale jakimś sposobem pogodziliśmy się z tym łatwiej niż z pierwszym noclegiem w Kathrine. Gnębiła nas nuda, komentowaliśmy i rozkładaliśmy na czynniki pierwsze każdy aspekt autostopa w Australii, cechy tutejszych kierowców i powody, dla którego każdy kolejny samochód nie chce nam pomóc. Wiele z nich było zapakowanych po sam dach. Wiele z nich to tylko dwuosobowe pick-upy, bez miejsca na dodatkowych pasażerów. Niektórzy machali nam, życząc szczęścia, niektórzy wznosili bezradnie ręce, pokazując brak miejsca w aucie. Parę razy zdarzyły się też złośliwe świnie, które udawały, że podjeżdżają, następnie ruszając z piskiem. Tego typu zachowania można spotkać nawet w nadzwyczajnie przyjaznej Australii, ale są całe szczęście rzadkością.

Nagle zatrzymała się na poboczu, jakieś sto metrów od nas ciężarówka. Ogromna maszyna, amerykańskiej produkcji, tutaj nazywana Road-Trainem. Te potwory nierzadko ciągną tutaj po cztery wagony i rzeczywiście przypominają pociągi. Amelia podbiegła do dwóch kierowców, próbując złapać autostopa w sposób bardziej nachalny, co nierzadko ratowało nam skórę, gdy dzień dobiegał końcowi, a nam brakowało motywacji i wiary. Jechali do Adelajdy, niestety nie byli skłonni zabrać dodatkowych pasażerów. Zachęcali jednak do kolejnych prób, ponieważ za chwilę zatrzyma się tutaj kolejna ciężarówka jadąca do tego samego miasta. Nadzieja zabłysła trochę silniejszym światłem, wyrywając nas z marazmu. Schowałem gitarę i wyglądałem kolejnych pojazdów. Rzeczywiście, na poboczu zatrzymał się kolejny Road-Train, tym razem z jednym kierowcą, co dawało potencjalnie większe szanse złapania podwózki. Z kabiny wysiadł brodaty mężczyzna o mało sympatycznym wyrazie twarzy.

-W czym mogę pomóc kolego?

– Czy jedziesz może do Adelajdy?

-Tak jadę. I nie, nie mogę cię podwieźć. Zmarnowałeś swój czas.

Czasami nie mogą, bo tego wymaga od nich pracodawca. Czasami boją się policji i mandatów. Czasami po prostu nie chcą i do tego też mają prawa. Odszedłem rozgoryczony, ale w gruncie rzeczy nie chciałem jechać kolejnego tysiąca-dwustu kilometrów z człowiekiem tak nieprzyjemnym. Wydawał się być naszą ostatnią nadzieją tego dnia. Wróciłem do Amelii i obydwoje w niecenzuralnych słowach wyrzuciliśmy nasze żale. Kozłem ofiarnym był brodaty kierowca, nieskory do pomocy dwóm wymarzniętym dzieciakom na środku surowego lądu.

Usiedliśmy jak często bywało na plecaku, w jakiś cudowny sposób wciąż znajdując temat do rozmowy. Wykrztuszałem przez zachrypnięte gardło jakieś bezsensowne zdania, gdy na pobocze zajechał kolejny gigant. Znowu przyszła kolej Amelii na zagajanie kierowcy. Kompletnie zniknął stres i niepewność. Nie mieliśmy nic do stracenia. Z kabiny wysiadł niski, krępy człowiek i ruszył w kierunku zajazdu. Nagle zdarzyło się jednak coś niespodziewanego. Kierowca widząc zbliżającą się Amelię pomachał jej ręką. Przeczuwałem, że los nagle odmienia się. Nie mógł robić tego dla zwykłej pogawędki. Doskonale wiedział, czego chcemy. Mężczyzna wrócił pod ciężarówkę oczekując na Amelię. Widziałem jak rozmawiają, po czym kierowca z powrotem zmierza do zajazdu, a Amelia macha mi i w podskokach biegnie po plecak. To było jasne. Jedziemy do Adelajdy. Po drodze nie ma żadnego miejsca, które mogłoby ściągać kierowców ciężarówek. Prosta droga do największego miasta stanu południowa Australia. Naszym wybawcą okazał się George. Krępy, łysy facet po pięćdziesiątce, z kolczykami w uszach i tatuażem na ramieniu. Wyglądał srogo, był prostym, ale niezwykle uroczym człowiekiem pełnym pozytywnych cech. Gdy tylko pojawił się zasięg, dzwonił do żony, nazywając ją „szczeniaczkiem”, używając najsłodszych możliwych zwrotów, powtarzając o swoim głębokim uczuciu i obiecując rychłe spotkanie. Jak przyznał, zazwyczaj zabiera żonę ze sobą i nie jest mu tak samotnie. Na nasze szczęście, żona została tym razem w domu, na obrzeżach Melbourne, a George mógł zabrać nas dla towarzystwa. Po dziesięciu minutach jazdy, szczęśliwi jak cholera weszliśmy na jeszcze wyższy poziom euforii. Kierowca zaproponował nam prowadzenie Road-Traina. Na początku wydawało się to absurdalnie niebezpiecznym i nieodpowiedzialnym pomysłem. Dwudziestotonowy potwór (i to tylko dlatego, że pozbawiony ładunku, w przeciwnym wypadku byłoby to sto ton) był jednak możliwy do okiełznania. Zarówno ja, jak i Amelia spróbowaliśmy swoich sił. Całe szczęście ciężarówka była wyposażona w tempomat, dzięki czemu zajęliśmy się jedynie trzymaniem wielkiej kierownicy. Pierwszy raz przyszło mi prowadzić samochód po lewej stronie ulicy i była to akurat amerykańska bestia, których ze świecą szukać w Europie. Absurdalna i zachwycająca jednocześnie sytuacja, po której śmialiśmy się jeszcze długo potem. Gdy już udało się złapać stopa do celu, pozostało jedynie czekać. A były to długie, ciągnące się w nieskończoność kilometry. George był zmotywowany dotrzeć do domu jak najszybciej, ale koniec końców kilkaset kilometrów przed Adelajdą zdecydował się na nocleg. Kontrole specjalnych kamer dla ciężarówek, wymóg wypełniania dziennika kierowcy to jedno, drugie to fakt, że gość po prostu był już na skraju wyczerpania po osiemnastu godzinach prowadzenia. Kilka godzin snu, prysznic, wspólne śniadanie w zajeździe i w drogę do zimnej i deszczowej Adelajdy. Pożegnaliśmy naszego kierowcę, nie mogąc dowierzyć, że przebyliśmy trzy tysiące kilometrów w pięć dni. Trasa zajęła nam dokładnie tyle ile planowaliśmy. Pierwszy nocleg w Kathrinie wydawał się jednak tak odległy, jakby minął od niego miesiąc. W tym czasie milion myśli przejechało przez moją głowę, znacznie mniej samochodów przejechało obok mnie. Stuart Highway leżało obok naszych nóg, zdobyte niczym Everest. Adelajda witała aurą nieprzyjemną, ale to nie zabijało dumy i radości z wykonanej roboty.

Tekst: Tomek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s