autobusem przez USA

Prawdopodobnie większość znanych mi osób, w pewnym momencie swojego życia marzyło o wielkiej podróży przez Stany Zjednoczone. Kultowe filmy, muzyka, wszechobecna popkultura, legendarnie wielkie samochody i budynki. USA odcisnęło na naszych młodych umysłach piętno-większe lub mniejsze. Ja też kiedyś o takiej wyprawie marzyłem i być może dotarłem do tego kraju zbyt zblazowany i krytyczny, aby docenić jego walory. Bez wątpienia potraktowaliśmy USA po macoszemu, nie dotykając nawet zachodniego wybrzeża i uwielbianych przez niemal wszystkich San Francisco, czy Seattle. Nie zahaczyć o żadną ze wspaniałych atrakcji, którą oferuje amerykańska przyroda, żadnego Wielkiego Kanionu, Gór Skalistych – to już tylko nasza wina. Nie stać nas było również na zakup, czy wynajęcie samochodu, bez którego po Stanach po prostu źle się podróżuje i żyje. No i koniec końców miażdżące porównanie z nowoczesną, przyjazną i zrelaksowaną Australią, z której ledwo wyjechaliśmy, nie pozostało bez znaczenia. Z tych, jak i z zupełnie subiektywnych powodów, o ile nasz pobyt w Nowym Jorku oceniam pozytywnie i niezwykle pouczająco, tak nasza skromna, kilkutygodniowa wyprawa na południe okazała się być w gruncie rzeczy miałka, nudna i pozostawiła spory niesmak.

Zacznę jednak od pozytywów. Stany Zjednoczone bez wątpienia wciąż mają wiele do zaoferowania miłośnikom pewnego rodzaju estetyki. Osobiście tę estetykę przyjąłem bardzo pozytywnie. Choć stare Cadillaki i Chevrolety z lat 60 i 70 są już na ulicach rzadkością, tak wciąż zdobią amerykańskie miasta swoją wyjątkowością i niesamowitym pazurem. Podobnie się rzecz ma z barami, neonami, południowym ubiorem w Teksasie i z każdym innym symbolem, który możecie sobie wyobrazić. One istnieją, w mniejszym lub większym stopniu. Wciąż przysiądziemy na niekończącą się dolewkę kawy z ekspresu, w barze śniadaniowym, zasmakujemy burgerów, shake’ów i innych mało zdrowych, ale kultowych potraw. Mimo, że ta epoka ewidentnie chyli się ku końcowi, elementy typowo amerykańskiej kultury sprzed kilku dekad wciąż są gęsto rozsiane po wszystkich stanach- zwłaszcza w takich miejscach jak Nashville w Tennessee. Nie brakuje też sportu i chyba nie ma momentu w roku, aby któraś z wielkich lig futbolu, hokeja, koszykówki, czy baseballa nie miała akurat do zaoferowania emocji sportowych. Miasta żyją swoimi drużynami i jest to pozytywny przejaw, a kultura kibicowania w USA jest akurat jedną z niewielu rzeczy, którą chętnie bym zaadaptował na naszej ziemi, zamiast np. Halloween.

Poza „Ameryką w Ameryce” zaczynają się jednak schody. Wspomniany brak samochodu doskwiera niesamowicie. Same centra miast są na ogół niewielkie (w każdym razie znacznie mniejsze, niż sobie to każdy wyobraża), otoczone rozłożystymi przedmieściami, połączonymi dramatycznym transportem publicznym. Oczywiście mowa tu o wszystkich miastach, które widziałem poza Nowym Jorkiem. To inna liga, gigant, w którym nie opłaca się mieć auta, a gdzie metro dojeżdża wszędzie i o każdej porze dnia i nocy. W pozostałych miastach, obowiązuje zasada „do sklepu jadę samochodem”. Co za tym idzie, nam-piechurom nie tylko brakowało ludzi na wymarłych ulicach takich miast jak Filadelfia, czy Waszyngton, ale i knajp, kafejek, sklepów. Oczywiście one gdzieś tam są, istnieją, ale mieszkańcy tych miast dojeżdżają do nich samochodami. Stany jawią mi się aktualnie jednym z najmniej user-friendly , że pozwolę sobie posiłkować amerykanizmem, krajem zachodnim w jakim byłem, jeśli chodzi o spacerowanie, wyżywienie i generalne wrażenie. Drugim bolesnym aspektem USA jest faktyczny stan tych miejsc. Bo o ile centra (downtown) wyglądają estetycznie, czysto, o tyle niektóre z przedmieść, wydają się walić na głowy przechodniom. Ma się wrażenie, że Filadelfia boryka się z ogromnym zacofaniem i upadkiem, a nikt nie przykłada wagi do renowacji. Nie dziwi mnie to już na warszawskiej woli (mówię to ze smutkiem), ale w „wielkich” Stanach? Mentalności narodu amerykańskiego nie będę komentował na tym blogu, ponieważ piszemy o podróżach, a oszczędzę sobie i wam złej energii. Różnice kulturowe są w każdym razie w moim mniemaniu gigantyczne i mówię tu o absolutnie wszelkiego rodzaju ludziach, niezależnie od poziomu edukacji, poglądów politycznych, czy światopogląd. Poniżej zawarłem krótkie opisy poszczególnych miast, w których zawitaliśmy.

Philadelphia, Pennsylvania – urokliwe „downtown”, z charakterystycznymi wieżowcami, dobitna, klasyczna architektura robi wrażenie. Historyczny „Liberty Bell”, ukryty w niewielkim muzeum, do zobaczenia raczej tylko dla samego faktu, bo jest dość skromny. Miasto sprawia wrażenie martwego w godzinach wieczornych, ale zapewne nie wiedzieliśmy gdzie szukać życia. Nasi „opiekunowie” nie przyłożyli ręki do poszerzenia tej wiedzy. Przedmieścia przygnębiają, a to dopiero początek wyprawy.

Washington, DC – stolica robi wrażenie czystej i nowoczesnej. Metro jest drogie, ale bardzo wystawne, czyli dokładne przeciwieństwo NYC. Oglądamy koncert z udziałem George Clintona, legendy funku. Kapitol i Biały dom, muzea robią wrażenie. Szokuje ilość bezdomnych na ulicach stolicy. Okoliczna Virginia i miasto Aleksandria, w którym mieszkamy to urocze miejsce, z klimatyczną zabudową. Nie brakuje też zieleni. Życia niestety trochę brakuje, choć być możemy, jako turyści bez miejscowego przewodnika po prostu nie wiemy gdzie szukać rozrywek…

Nashville, Tennessee – bez wątpienia hajlajt wśród miast. Na głównej ulicy – Broadway, mieści się kilkadziesiąt pubów z muzyką country, bluegrass, rockabilly czy honky-tonk. Jest bardzo „amerykańsko”, a więc turyści przebrani za kowboi, milion neonów, dużo piwa i zabawy. Jest to też prawdziwe południe, zmieniają się realia i podejście do życia. Np. w knajpach można palić papierosy, a te są tańsze trzykrotnie od nowojorskich. Z wielu kulturoznawczych powodów, warto się tu wybrać.

Nowy Orlean, Louisiana – Dziwne miejsce, w którym nie brakuje uroku (French Quarter to cała masa kolorowych budynków kolonialnych, knajpki, muzyka, voodoo, performensy na ulicach), żenującej rozrywki (głównie ulica – Bourbon, to istna wylęgarnia pijanych turystów z USA, dookoła prostytucja i tandeta) i ubóstwa. Przez środek miasta przejeżdża tramwaj, u brzegów Mississippi stoi wielki parowiec. Jednak gdy tylko wydostać się pięć minut od turystycznych rewirów, ujrzymy opuszczone budynki, szarość, ruinę, biedę na niewiarygodnym poziomie. Zło czai się w tych dzielnicach, wciąż namaszczonych huraganem Kathrina.

Houston, Texas – Dla odmiany miasto bardzo czyste, nowoczesne i dobrze prosperujące. Downtown jest imponujące, a przedmieścia, które zaczynają się 5 minut od niego – ciche i urokliwe. Prawie każdy teksańczyk jeździ wielkim pickupem, nie widać natomiast legendarnych grubasów. Pewnie siedzą w domach, a na ulicach i w parkach setki biegaczy.

San Antonio, Texas – Miasto w istocie meksykańskie i choć duma z obrony Alamo przez Amerykanów jest wielka, to wiele faktów przemawia za przynależnością do sąsiadów z południa. Przede wszystkim jest tu inaczej, rynek z kościołem, południowa architektura, przeuroczy deptak nad zielonymi kanałami, knajpki i kafejki. Tego nie było w żadnym z poprzednich miast. Nie było też tylu hiszpańsko-języcznych nazw ulic i ludzi pochodzenia meksykańskiego.

Tekst: Tomek

Replika Partenonu w Nashville

Image

San Antoni, Texas

Image

Alamo, San Antonio

Image

Waszyngton, DC

Image

Image

Nashville, Tennessee

ImageImage

Nowy Orlean, Louisiana

ImageImage

Houston, Texas

Image

Biały Dom, DC

Image

Nowy Orlean, Louisiana

ImageImageImageImageImageImage

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s