Z górki na pazurki, czyli chicken busem do Guatemala City

6 rano, Panajachel, Gwatemala. Stoimy na skrzyżowaniu ulic, które umownie stanowią stację autobusową. Miasteczko powoli budzi się do życia. Co parę minut podjeżdża amerykański autobus szkolny pomalowany w kolorowe wzory. Pomagier kierowcy wychodzi i wykrzykuje nazwę miasta docelowego akcentując zachęcająco „Xela, Xela, Xela” (czyt. Siela, Sielaa, Sielaaaa). Niestety to nie tam jedziemy. Czekamy jeszcze chwilę, aż w końcu zza rogu wyłania się barwny, głośny gruchot, a naganiacz wykrzykuje „Guate, Guate, Guateeee!”. Podbiegamy do autobusu, nasze plecaki lądują na dachu. Zanim zdążymy zająć miejsce chicken bus pędzi już po wiejskiej drodze. Pokonujemy zakręt, za zakrętem na pełnym gazie. Radio wesoło przygrywa piosenki, które życzą wszystkim podróżnym „Feliz Navidad” (Wesołych Świąt). Ilość zatrzymań jest niepoliczalna, gdyż oficjalnych przystanków brak. Każdy wsiada i wysiada tam, gdzie zechce, jeśli tylko zdoła poinformować kierowcę rozpędzonego pojazdu.  Mimo tego, podróż wydaje się bardzo szybka i płynna. Wszystko to za sprawą doskonałej organizacji trzech członków załogi autobusu. Zaliczają się do nich kierowca oraz dwóch asystentów- akrobatów. Łatwo zgadnąć czym na pokładzie tego wehikułu zajmuje się kierowca, ale jaką rolę ma asystent- akrobata? To on musi nawoływać i zagarniać ludzi z ulicy do autobusu. Również on zajmuje się sprzedażą biletów i mocowaniem bagaży na dachu. Proste? Byłoby, gdyby nie robił tego wszystkiego podczas jazdy po górskich serpentynach. Wysoki, młody mężczyzna wpuszcza nowych pasażerów do pojazdu, który rusza zanim jeszcze wszyscy zdążą postawić nogę na pokładzie. Potem chłopak wdrapuje się na dach, układa pakunki, przywiązuje i przy pomocy drabiny na tyle autobusu wchodzi z powrotem do środka. Wówczas może zająć się opłatami za przejazd. Kiedy zbliża się do czoła pojazdu rytuał zaczyna się od nowa. Kolejna banda ludzi wsiada, chłopak znów na zewnątrz autobusu upina wszelkie toboły- wory ziemniaków, zboże i inne różności. Pędzimy, wyprzedzając mniej sprawne chiken busy, a asystent niewzruszony nawet najostrzejszym zakrętem wykonuje cały wachlarz akrobacji. Kiedy podróż zaczyna się dłużyć, krajobraz zaczyna coraz bardziej przypominać miejskie tereny. W końcu docieramy do największej metropolii w Ameryce Środkowej. Wita nas Ciudad de Guatemala, a mój madrycki znajomy- Israel obwozi nas po mieście. Dowiadujemy się, że pare lat wcześniej centrum stolicy kompletnie opustoszało, gdyż było tu „piekielnie niebezpiecznie”*. Hulały tu wszelkie możliwe gangi, a przestępczość wzrastała z dnia na dzień. Większość mieszkańców przeniosła się do innych dzielnic, które aktualnie stanowią centrum kulturowo- rozrywkowe miasta. Rząd wybrany rok temu stara się jednak przywrócić dawne centrum do życia. Widzimy to na własne oczy. Z okazji nadchodzących świąt zorganizowano na rynku jarmark oraz udostępniono lodowisko i wielką zjeżdżalnie. Być może zmiany rzeczywiście nadchodzą. Mamy nadzieję, że za parę lat urok kolonialnej części Gwatemali odrodzi się, a turyści przestaną drżeć na samą myśl o tym miejscu. Trzymamy kciuki!

*„piekielnie niebezpieczny” to najczęstsze określenie krajów, po których jeździmy, używane w mailach od mojego taty- Lecha, którego przy okazji serdecznie pozdrawiam i przysięgam, że mam się dobrze!

Tekst: Ami

ImageImageImageImageImageImage

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s